POWRÓT DO GALERII

"...Mongołowie nie mają poczucia sensu i konieczności planowania [...] przez to trudno się z nimi dogadać, opierając się na jakimś czasowym planowaniu, wymagającym starannego przestrzegania terminów [...]. Czas dla mongolskich pasterzy jest żywiołem, któremu należy się podporządkować tak jak nurtowi rzeki i niedorzecznością jest próbować go zorganizować i podporządkować sobie [....]. Gdyby następnego dnia od rana nastąpił kataklizm, który zmiótłby z powierzchni ziemi cała nowoczesną technologię i wszystkie wynalazki człowieka z ostatnich 200 lat, Mongołowie mogliby przeżyć nie musząc się na nowo uczyć czegoś, co inni dawno zatracili. Żyją, opiekując się swoimi stadami, poddani naturalnemu rytmowi przyrody, którego nie sposób kontrolować [...]. Toteż przyszłość nie ma znaczenia dla ludzi, których czas płynie zgodnie z rytmem życia zwierząt [...], dlatego ten nasz pośpiech i manię ustalenia terminów uznają za coś zupełnie zwariowanego, jak pisanie listu palcem na piasku pustyni..."

J. Sypniewski 

MON_4485-01_t.jpg

 

Od setek lat przyrządzany jest w ten sam sposób. Jak pisze Konstanty  Rengarten* "...Mongoł oczyszcza kociołek z zewnątrz z sadzy, wsypuje wewnątrz pokruszony nawóz koński, a szorując go kawałkiem skóry końskiej, rozciera nawóz na proszek, poczem, nie wypłukawszy kociołka, wlewa do niego wodę i stawia na ogniu, następnie wsypuje herbatę potłuczona w moździerzu. Gdy woda dojdzie do punktu wrzenia, przecedza ją przez miotełkę, ażeby usunąć listki herbaty i dodaje mleka, dorzuca kawałek tłustości baraniej, masła albo sera, trochę soli. Trzeba być mocno zmongolizowanym, żeby ją pić..." Święte słowa :-)))

Picie sute jest swoistym rytuałem, a poczęstowanie gościa jest obowiązkiem gospodarza, inaczej staje się on niegodzien miana człowieka. Nieobowiązkowe, ale za to przyjemne jest napicie się ajraku, czyli kumysu - cierpkiego i orzeźwiającego sfermentowanego kefiru z mleka klaczy, o niewielkiej zawartości alkoholu. Odważniejsi mogli też pokosztować mongolskiej wódki (archii), której tradycyjne picie wymaga rozpoczęcia każdej szklanki (!!) od maczania w niej serdecznego palca i pstrykania dwa razy w górę (demony przecież też chcą odrobinę ;-))
Po dobrej archii można namówić Mongołów na śpiewy - Mongołowie lubią śpiewać i trzeba przyznać, że potrafią w ten sposób pięknie wyrazić bezmierne jak step emocje i tęsknoty...
A zatem ruszamy w drogę :-)

◊◊◊W DROGĘ !!

"Kilkadziesiąt kilometrów za rogatkami stolicy praktycznie kończą się drogi. Dalej czekają szlaki przez step i brody w rzekach. Dokąd one prowadzą?" (B. Uryn)
"Jak wygląda dom tych ludzi, którzy z tygodnia na tydzień wędrują ze swymi jurtami w poszukiwaniu wody i trawy? Jakie jest wyżywienie tych, którzy zarzynają tylko zwierzęta, ale nie orzą? Jak ubiera się lud, który strzyże tylko wełnę i garbuje skórę, a nie międli konopi? O czym mówią pieśni i wiersze pasterzy?" (A. Rona-Tas)
To właśnie takie pytania chodzą po głowach podróżnych opuszczających UB i jadących ledwo zaznaczonymi wśród traw traktami w kierunku wielkich przestrzeni stepowych serca Azji.. W ciągu najbliższego miesiąca i my mieliśmy poznać na nie odpowiedzi. Najważniejsze już wiedzieliśmy - podróżując przez Mongolię zawsze można liczyć na odwieczne prawo gościnności, charakterystyczne dla narodów Nomadów, nakazujące udzielenia gościny każdemu wędrowcowi. Nie wiedzieliśmy natomiast, że czeka nas sporo przygód, niezapomnianych spotkań, oraz odgniotki w miejscu gdzie plecy się kończą, powstałe z powodu setek kilometrów przebytych po bezdrożach ;-) ...Dziesiątki zaliczonych brodów w mniej lub bardziej eleganckim stylu, stepowe "autostrady" ciągnące się w kierunku Chin, rachityczny drewniany most na rzece, sprawiający wrażenie, że nawet bez obciążenia samochodem za chwilę runie..  Prawdziwe BEZ-droża, przez które trzeba było przejechać, jedyny drogowskaz poza UB, miasteczka w stepie tworzone przez kilka jurt, do których można było wejść, najeść się i przespać... Kilka złapanych gum naprawianych czasem w serwisach 24/7 ;-) ...kapryśna pogoda z lokalnymi burzami zrywającymi się nagle i odchodzącymi niewiadomo kiedy, spanie na Gobi podczas wichury i burzy piaskowej, wiele usterek UAZ-ów, które nasi dwaj kierowcy - Gończyk i Uer, naprawiali za pomocą młotka, śrubokręta, kawałka sznurka i czasami piasku ;-) A także kolejne atrakcje, czyli ugrzęźnięcie w rozmiękłym po burzy stepie, piękne poranne widoki prosto z jurty na jeziora, toalety z najszerszą panoramą na świecie na pustynię Gobi ;-) łazienka z wielostanowiskowym korytkiem do mycia kolektywnego razem z współtowarzyszami podroży, za pomocą wody przywożonej z pustynnej studni. Prysznice zasilane pojemnikami o zaskakująco małej pojemności ;-)  ... Spotykane wszędzie modlitewne owoo, święte drzewa, przy których miejscowe susły (szczekuszki) zawsze znajdywały coś do jedzenia... Przechodzące po drodze wielbłądy, jaki, owce i inne krowy ;-) kozy szukające cienia pod UAZ-em... spotykane wszędzie wspaniałe mongolskie dzieciaki, których szczęście życia w prostych warunkach zarażało nas optymizmem...
Przez miesiąc mieliśmy też okazję posmakować kuchni mongolskiej, ponieważ stołowaliśmy się w jadłodajniach przydrożnych (czajni-gazaar, guanz) i jurtach pasterzy, gdzie podaje się posiłki oparte w głównej mierze na świeżo przyrządzanej baraninie. Jedliśmy cuiven - zupę z makaronem i baraniną, husiuury - pierogi z baraniną zapiekane w głębokim tłuszczu, najbardziej tradycyjne mongolskie buzee - gotowane na parze pierogi z .... baraniną ;-)  "...robi się je bez przypraw, czasem tylko z dodatkiem cebuli, lecz wypełnia się głównie baraniną. Trzeba jednak poznać smak tego mięsa, baranina w Mongolii smakuje inaczej niż w Polsce." (J. Sypniewski) Jest też pozyskiwana bardziej "humanitarnie" niż w Polsce - lekko nacina się skórę owcy tuż pod mostkiem, po czy wsadza się rękę do klatki piersiowej i ściska aortę. Zwierzę usypia w ciągu minuty z powodu niedotlenienia mózgu. Czasami żywa owca jeździ razem z Mongołami w dłuższą podróż jako zapas niepsującego się jedzenia.
Oprócz baraniny w menu znalaz się też arols (aros, arul), czyli bardzo kwaśny i twardy suszony kefir, którego ssanie powoduje wzmożone wydzielanie śliny, a także smakowite ryby, których łowienie nie przysparzało większej trudności, bowiem "...głodny Mongoł nie traktuje ryby jak jedzenia, co najwyżej jest to dla niego rodzaj ekstrawagancji kulinarnej [...]. Ryby nienawykłe, że ktoś może mieć wobec nich złe zamiary z samej ciekawości dają się złapać. Biorą na wszystko, nawet na kawałek futra" (J. Sypniewski)
No i jeszcze sute caj, zielona herbata z mlekiem, tłuszczem i odrobiną soli. Herbata to najważniejszy i prawie codzienny napój Mongoła, chłodzący w lecie i rozgrzewający zimą. Obawialiśmy się odrobinę tego napoju, ponieważ jest tradycyjnym poczęstunkiem w każdej jurcie, i nie wypada zostawić go nie wypitego.

 

DALEJ

 
 

________________
*Konstanty Rengarten - XIX wieczny podróżnik, który piechotą okrążył ziemie mając za jedynego towarzysza psa - Łapkę. Za najtrudniejszy ale i najciekawszy kraj uznał Mongolię.

 

MON_2176.jpg MON_1242.jpg MON_0931.jpg MON_1157.jpg MON_0846.jpg
MON_1516.jpg MON_1344.jpg MON_1419.jpg MON_jpg_1104.jpg
MON_2477.jpg MON_4133-01.jpg MON_3544-01.jpg
MON_1312.jpg MON_0903.jpg MON_2205.jpg MON_jpg_2232.jpg
MON_1725_t.jpg MON_1246.jpg MON_3565-01.jpg MON_3787-01.jpg
suseł MON_4552-01.jpg
MON_1610.jpg MON_jpg_1429.jpg MON_jpg_1434.jpg MON_1786_t.jpg MON_jpg_1455.jpg


"Prócz mięsa najważniejszym pożywieniem dla Mongoła jest mleko. Spożywa on je w postaci przeróżnych serów, twarogu, śmietanki, jogurtu, śmietany i masła. Ser i twaróg odgrywa taką rolę w wyżywieniu Mongoła, jak dla Europejczyka chleb. Znajdują się one zawsze pod ręką i spożywa się je przy każdym posiłku. Bardzo rozpowszechnioną wśród Mongołów potrawą jest aarc. Powstaje ona w ten sposób, że jogurt gotuje się w kotle, a następnie ugotowaną masę wiesza się w płóciennym worku, by wyciekła z niej — jak mówią Mongołowie — żółta woda. Po odcedzeniu jej wkłada się worek między deski i .przyciska ciężarem. Sprasowany w ten sposób serowaty materiał wyjmuje się i łamie na drobne kawałki albo kraje włosem końskim na plasterki i wystawia na dach jurty w celu wysuszenia. Jeżeli zamiast deskami wyciska się worek rękami, produkt nosi nazwę aarwal. Ulubiony przez koczowników ser sporządzają oni w ten sposób, że pełnotłuste mleko zagotowują, dodają do niego trochę starego jogurtu, potem z zakwaszonego mleka odcedzają serwatkę, a resztę wysypują na płótno. Z tej masy wycieka reszta serwatki, a gdy ser zbije się w jedną masę, przechowuje się go w stanie wilgotnym. Ser taki robi się tylko przed dłuższą wędrówką. W somonie Dariganga udało mi się zanotować dwadzieścia pięć różnych produktów mlecznych, ale nie są to bynajmniej wszystkie."

A. Rona-Tas

święte drzewo, modrzew MON_2497.jpg MON_jpg_4261.jpg MON_4373-01.jpg
MON_jpg_4531.jpg MON_jpg_2416.jpg MON_jpg_1518.jpg MON_jpg_1738.jpg MON_jpg_1878.jpg
MON_jpg_1467.jpg MON_jpg_1696.jpg MON_jpg_4063.jpg MON_jpg_1662.jpg MON_jpg_1689.jpg
MON_jpg_1883.jpg MON_jpg_2219.jpg MON_3979-01.jpg MON_jpg_0980.jpg MON_jpg_2297.jpg
MON_jpg_2405.jpg MON_jpg_1712.jpg MON_jpg_3058.jpg MON_jpg_3490.jpg MON_jpg_3519.jpg
MON_jpg_4020.jpg MON_jpg_1612.jpg MON_4143-01.jpg MON_jpg_4520.jpg MON_jpg_4524.jpg
MON_jpg_1692.jpg MON_jpg_4537.jpg MON_jpg_4606.jpg MON_4078-01.jpg MON_jpg_2249.jpg
MON_1320.jpg MON_2495.jpg MON_4033-01.jpg MON_jpg_1446.jpg MON_1890_t.jpg
MON_4294-01.jpg MON_4397-01.jpg MON_4131-01.jpg MON_4596-01.jpg MON_1749_t.jpg

 

Wszystkie zdjęcia, teksty, pliki znajdujące się na tej stronie są własnością jej autorki i podlegają ochronie prawnej © Patrycja Ciosek